sobota, 9 lipca 2011

Sezon kampingowy otwarty nareszcie!

Nasze zycie na nowym w duzym stopniu przypomina zycie na wyjezdzie. Ciagle czegos szukamy, cos musi zastapic cos innego, czegos brak... Ale mimo to dobrze bylo wyjechac z tych pudel chociaz na chwile. Bo warto bylo, bo przezylismy burze i to nie byle jaka. Sama struchlalam w pewnym momencie. Najpierw zaskoczyl nas spory deszcz i burza drugiej nocy. Babcia urodzona harcerka razem z Sebastianem i Chrisem ratowali co mogli przed zmoknieciem. Mokry poranek nie zwiastowal najlepszego ale co niektorym sie podobal, mi tez, bo gdzie indziej moglabym pojechac w deszcz rowerem do ubikacji, na co dzien tego nie mam. Zdecydowanie chcielismy zostac, bo przeciez poto sie jedzie pod namiot zeby poradzic sobie, wszyscy razem, bez udogodnien, deszcz czy slonce..
Radzilismy sobie roznie, w roznych nastrojach i mali i duzi. Oliwka doswiadcza nowych zmian, nie wszystko zawsze jest po jej mysli i wtedy kiedy chce. To trudne, czasami dla wszystkich. Ale cale szczescie nastroje ludzkie sa jak nasza kampingowa pogoda, i po wielkiej ulewie robi sie piekny dzien i probujemy wszystkiego po trochu: rowery, plaza, kapanie w jeziorze, plac zabaw, zjazdy na linie - troche nieudane bo zbyt zaawansowane tym razem az w koncu zdjete z drzew przez sama policje lesna. Pole namiotowe otoczone krzaczkami dzikiej jagody, wielka atrakcja dla wszystkich. Basia wymyslila piekne bransoletki z jagodek i trawy a babcia wykonala sukienke z lisci. Olaf nie rozstawal sie ze swoim szpadlem i wiecznie pracowal nad kanalami i konstrukcjami z rur albo dla odmiany razem z Zosia K. swoja niezastapiona towarzyszka piekli torty z blota albo czestowali wszystkich paskudnymi lodami z kurzu i piachu bleee istne okrucienstwo.
Nadciagnela burza. Pogodny dzien okryl sie czarnymi chmurami. Zaczelo sie od silnego wiatru i to ten wiatr mnie wystraszyl a pozniej byly grzmoty. Teraz tak mysle, dobrze ze ta burza przyszla sobie taka wieczorowa pora. Olaf zasnal blyskawicznie wtulony we mnie i Kubusia, a Olivia z drugiej strony wsluchiwala sie w babci czytanie ale burza byla taka glosna ze babcia musiala prawie krzyczec i babcia czytala i czytala az Oliwka zasnela a babcia dalej czytala.
Jak zawsze najmilej wspominamy te proste czynnosci ktore towarzysza naszym wyjazdom. Nasz prowizoryczny prysznic w postaci baniaka z woda z kranikiem. Mycie zebow w krzakach. Kielbasa z ognicha. A w drodze powrotnej super udana nie planowana szybka wycieczka do Atlantic City, prosto z auta do oceanu. Fale cudne, woda slona i taka orzezwiajaca w ten upalny dzien. Muszelki i jakies kraby dziwolagi w malych muszelkach ktore z kazda fala chowaly sie w piasku, kto to taki??
Emil rzucal sie na fale i piszczal z radosci, Olaf troche potrzebowal zachety od taty, najpierw wykopali dziure niezastapionym szpadlem a pozniej biegali wzdluz brzegu i glebiej i glebiej a Olivia i babcia skakaly przez fale. A na koniec lody, pyszne...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz