czwartek, 3 lutego 2011

Takie sobie rozmyslania

 
Posted by Picasa


Czytajac mojego bloga przy porannej kawce (tak, tak lubie zajrzec co slychac;) dostrzegam cos bardzo nie zdrowego,za duzo cukru ;) Bo slodko jest, mam trojke przeslodkich dzieci ktore osladzaja nam nasze slodkie juz zycie ale musze dodac ze czasami jest chaos.
Lubie planowac. Zaplanowanie calego dnia to ciezka praca, przebrnac przez niego wedlug planu i niestracic glowy, jeszcze ciezsza. Moj tydzien, nasz tydzien jest mocno rozplanowany. Kazdy dzien tygodnia jest odpowiedzialny za jakis wazny domowy obowiazek, za ktory musze sie wziasc bo inaczej bedzie czekal do nastepnego tygodnia.
I tak na przyklad, lepiej nas nie odwiedzac we wtorek bo oznacza to ze lazienka jest u kresu swojej czystosci, bo czeka na srode, bo wlasnie w srode czyszcze lazienke. We wtorek jade na zakupy, i lepiej zebym nic nie zapomniala bo po prostu tego czegos nie bedzie znowu do nastepnego tygodnia. W poniedzialek i piatek, sobote i niedziele odpoczywam :))))) wow! nie wiedzialam ze mam tyle dni wolnych! Planowanie czesto ratuje mnie przed katastrofa, rano na dzieci cos czeka na stole rysowanie, czytanie, kolorowanie; inaczej bede atakowana z samego rana prosba o cos na co moge nie miec ochoty. Daje mi to czas na przygotowanie sniadania ??! ;)jesli uda mi sie zajac najmlodszego syna. Itd. Caly dzien mam rozpisany.
Ale...
Nie zawsze dzien idzie wedlug planu.
Wezmy za przyklad dzien dzisiejszy. Owszem mam na lodowce piekny plan obowiazkow dla dzieci, dzis nie wyrabiamy sie do 10:30. Obowiazki przeplataja sie z zabawa w norke na lozku w sypialni, ktore po zabawie wyglada jakby cos w nim wybuchlo; miedzy zebami i czesaniem siedza mocno wciagnieci w wycinanie sniezynek (Olivia) i w ogolne wycinanie (Olaf), jest taka cisza ze slychac prace nozyczek. Podloga jest biala od skrawek papieru. Nigdzie sie dzisiaj nie spieszymy, wiec godze sie na spontanicznosc do momentu gdy uswiadamiam sobie godzine i balagan ktory przyniosla owa spontanicznosc. Czas gra tutaj role bo za niedluga chwile trzeba polozyc Emila spac a to oznacza moj czas na odkurzanie wiec przydaloby sie zeby wlaczyc odkurzacz z pierwszymi "zzzzz" Emila a tu trzeba konczyc poranne sprawy. Olaf za przeciaganie zaczyna miec klopoty, kladzie sie wiec na podlodze i odmawia wykonania ostatniego obowiazku jakim jest przytulenie siostry ;), lezy i wyje i zaczynam byc mocno zfrustrowana bo obudzi mlodszego i wtedy nici z odkurzania az do nastepnego tygodnia. Wynosze go do pokoju dzieci, gdzie w pelni moze sie pograzyc w swojej rozpaczy, traci przez to zabawe ryzem, ktora mial obiecana.

Udaje mi sie odkurzyc.

Dzisiaj jedziemy tacie zawiezc lunch. Miala byc kanapka, ale Olaf niespodziewanie wymysla makaron z truskawkami co okazuje sie super pomyslem dla nas wszystkich.
Ubranie, zapakowanie wszystkich zajmuje mi chwile, w koncu jedziemy. Kazdy chce trzymac jedzenie dla taty, ratuje sprawe mowiac jaka wazna jest rola lyzki. Niesamowite jak przy dzieciach na nowo zaczynamy dostrzegac walory takich prostych rzeczy jak lyzka. Po drodze, zupelnie mimochodem zaczynam rozmowe o tym ze jedziemy teraz droga ktora tato jechal rano do pracy, tlumacze ze np tato Zosi jedzie kazdego dnia ta sama droga do tej samej pracy, a nasz tato jezdzi w rozne miejsca. Sa mocno zamysleni. Pytaja tez co moze byc za murem oddzielajacym autstrade od reszty i wymieniam im nieskonczone miejsca.
Plany zmieniaja sie gdy dojezdzamy na miejsce i okazuje sie ze nie mozemy wejsc do domu gdzie tata pracuje, no tak zupelnie o tym nie pomyslalam na szczescie wzielismy tez na deser czekoladki ktore ratuja im miny i szybko zmieniam plan na wyjazd do ksiegarni za prezentem dla Zosi K., bo wybieramy sie do niej na urodziny do NY.
Olaf zasypia, kolejna zmiana planow, jedziemy do domu.

Pisze to teraz wieczorem, patrzac na resztke tego dnia.Gdy jest cicho to tak latwo sobie wyobrazic ze jutro bedzie bez nerwow. Bede opanowana i spokojna. W rezultacie zdarza sie tak, ze dzwonie do mojego meza, ktory stoi na drabinie z czyms ciezkim w reku i krzycze mu do sluchawki jak to... no wlasnie juz nie pamietam. Najczesciej nie to co sie dzieje jest zle, tylko chwila kiedy sie to dzieje jest zla.

Oto co wiem: czasami nie idzie gladko. Podniose glos, powtarzam sie i frustruje.
Ale tak sobie mysle ze prawdziwe zycie potrzebuje dobrego treningu i ze to dobrze, ze dzieci sa swiadkami tego wszystkiego. Dzisiejszy dzien mial chwile udane - nasze rozmowy w aucie i mniej udane - incydent Olafka. Kazda chwila i ta z ktorej jestem zadowolona i ta ktora chcialabym zmienic jest wazna, bo uczy i dzieci i mnie, mnie byc mama i lepszym czlowiekiem. Dzieci ucza sie byc siostra, bratem, corka, synem. Moj zmieniony ton, odebranie przywileju zabawy ryzem Olafowi, nie wypelnienie obowiazkow (i nie wazne ze chodzilo o smiesznego przytulanca na ktorego nie mial ochoty) to wszystko jest potrzebne bo uczy dzieci zasad, posluszenstwa i wiem ze moja praca nie pojdzie na marne. A w aucie przez zabawe nauczylismy sie o pracy jaka jest rozna i wiele innych fajnych pozytecznych rzeczy.

Wiec, w naszym domu nie zawsze jest radosny gwar. Sa lzy, smutki i zlosci ale po nich jak po dobrej burzy. Wszystkiego troche potrzeba. A na szczescie wiecej jest tych milych chwil i lepiej sie je pamieta dlatego tak tu slodko :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz